O mnie

Moje zdjęcie
Piszę (wiersze i o wierszach). Czytam (ale mniej, niż piszę). Uczę (jak pisać i czytać). Uczę się (jak nie zwariować). Krytykuję (lecz łaskawie). Publikuję (w pismach literackich). Wydaję (tomiki: Somnambóle fantomowe, Zagniazdowniki, Wylinki; eseje: Stratygrafie). Redaguję (książki wszelakie, od broszur politycznych po beletrystykę). Zamawiam (rzeczywistość) i zmawiam (się ze światem). Wychowuję (dzieci i siebie przez dzieci). Za dużo się martwię (dlatego piszę).

wtorek, 11 czerwca 2013

Wmowy


Rozmawiamy we Wspólnym Pokoju o Włoskich szpilkach Magdaleny Tulli. To pierwsza książka autorki, w której wreszcie wyszła zza zasłony bezosobowej narracji i pokazała siebie. Mnożą się zarzuty. Że Tulli pławi się w swoich traumach, bo teraz taka moda, że kompleks niższości bohaterka bilansuje arystokratycznym poczuciem wyższości, że podlanie osobistego nieudacznictwa sosem historycznego holo-polo to już za wiele ofiar w jeden (biało-czerwony) barszcz.

Zastanawiamy się (za przetłumaczoną przez Natalię Malek przedmową do Bluest Eyes Toni Morrison), czy to kwestia obranej metody opisu. Czytelnik skonfrontowany z pokrzywdzoną jednostką być może zbyt łatwo utożsamia się z nią i dlatego traci z oczu sam mechanizm opresyjności. Czuje się bezpiecznie w roli ofiary, zapomina, że mógłby być oprawcą. Zatem – pytamy już w odniesieniu do Dzidzi Sylwii Chutnik i Ciemno, prawie noc Joanny Bator – może lepiej chwytać mowę nienawiści na żywca i bezosobowo, metodą magnetofonową z lekką podkrętką ironii?

– Gdybym w wieku lat pięćdziesięciu miała rozpaczać, że mnie męczyły dzieci w przedszkolu, to pochlastałabym się, mając trzydziestkę – oświadcza Beata. – A jeszcze o tym pisać?!

(Pisanie jako wysługiwanie się innym. Schlebianie wymaganiom. Codzienny chleb wymówek i wmawiania.)

niedziela, 26 maja 2013

Mammal



Kiedy cały świat opłakuje seksowne przydatki hollywoodzkiej anielicy, zgilotynowane z obawy przed rakiem i odrodzone w sztucznej acz bezpiecznej formie, moje, akurat w dniu matki, żegnają się z mlecznością. I jakoś im/mi trudniej niż przy poprzednich dwóch okazjach, jakoś mniej litościwie ze strony buzujących, zbuntowanych hormonów, jakoś gęściej wytrąca się ta utrata czarnym mlekiem melancholii, bo przecież – kto wie – jest to pożegnanie zapewne ostatnie, bezpowrotne? I czuję się nijaka wobec rocznego ssaka, który z rodzicielskich sylabowych dubletów wybiera „tatę”. I muszę siebie na nowo odnaleźć, żeby jedna ruszyła bez drugiej – i żeby dzięki temu umiały być razem.

bo strasznie trudno nią być



 

formatka


pramatka prymatka heimatka
sublimatka aromatka amalgamatka
fantazmatka miazmatka symptomatka
stygmatka charyzmatka schizmatka
astygmatka izochromatka pryzmatka
reformatka anatematka ekstrematka
poematka suprematka supermatka
enigmatka emblematka epigramatka
monodramatka gramatka idiomatka
problematka paradygmatka sofizmatka
monotematka kategorematka syntagmatka
dyplomatka optymatka dylematka
estymatka panimatka sarmatka
systematka schematka automatka
normatka aksjomatka kazamatka
obsesjomatka traumatka złamatka

szaranagamama



[matnia]

wtorek, 21 maja 2013

o mieście, którego znowu nie odwiedzę

Zbliża się festiwal Miasto Poezji w Lublinie - i kolejny raz z rzędu, mimo zaproszenia, nie uda mi się tam dotrzeć. Lublin to jedno z moich miast somnambulicznych, fantomatycznych - nigdy tam nie byłam, a tylko mi się ono czytało (zwłaszcza: czechowiczyło), śniło, marzyło. Nie będę tam ciałem, więc zwiedzę je choć wierszem:



ballada na stronie (współgłoski czechowiczowskie)



luby mir lalala
diabli nabyli biblijni
ulubili go targu ubili
z bylin zabielankę warzyli
za bilion babilonów
bilon rubla labilnie kulali
z blaskiem na blankach blankietów
uknuli biesko-niebiesko carte blanche
ulalala!

oblicze ubocza lubieżna rubież
zbliż się zliż je albo ubliżaj
bella unia lub bellum omnium
pam param bomb parabellum
ludu ból i lal bal
war bulwarów
szablony somnambulic
i bulle bolszewików
bielizn blizna zbyt bliska ojczyzna
i poety lulilaj pośród stall

dopiero bujnieję jak balon
a już synku mój ulubiony
od blinów od ballad obłoków
zrabowali cię zwerbowali
zbyli w bój bój się bój
aż po ubój
po sublimacji blamaż
po bielony bełt uwielbienia
po blekotu lublinny błękit
po wieczne blablabla

  

niedziela, 12 maja 2013

Matka z majchrem w szufladkach




Śniło mi się, że zabijam słowami. Nie pamiętam kogo, wiem tylko, że wypowiadałam mordercze życzenie – i ktoś za mnie wbijał komuś nóż pod łopatkę. Ja potem trupa zakopywałam i załatwiałam sobie alibi – niewinna, bo przecież używałam nie noży, lecz słów.

Tymczasem M. śniły się szufladki. Szufladki „od dzieci, o dzieciach, dla dzieci” – w które jacyś „oni” wpychają moje pisanie. A może sama się wpycham? Może zamiast tak ciągle czuwać i czulić, łaskotać i kołysać – powinnam podostrzyć słowo i pchnąć je jak majcher pod łopatkę?

Ale póki co – afirmuję wbrew frustracjom, wbrew szufladkom. Bo taki mam „kłopot organiczny”. Czytam w starych, chyba jeszcze „przeddzieciowych” notatkach: „Kto jest kobietą dzietną, tj. kto ma taki KŁOPOT ORGANICZNY, ten nie może być na innych polach znaczny, ważny, ani tym bardziej twórczy, genialny” – napisała Maria Komornicka, już jako Piotr Odmieniec Włast.

Stwierdziła/stwierdził – i niech tam. Trochę się jeszcze z tym „kłopotem” mało twórczo, mocno kwoczo, poobnoszę, pomoszczę. A potem otworzę zamknięte przed dziećmi szufladki. Znajdę tam brzytwę, scyzoryk i majcher. Napiszę, gdy naostrzę. 

sobota, 11 maja 2013

Afirmatka


 
Obiecałam, że będzie afirmatywnie, i zamierzam dotrzymać. W ostatniej notce podśmiewałam się z wykreowanego przez profesora Mikołejkę mitu matki-uzurpatorki, która uważa, że za samo bycie rodzicielką wszystko jej się od życia należy. Tak jakby macierzyństwo było karą, katorgą, dopustem i niezawinionym męczeństwem, za które kobieta ma prawo żądać od społeczeństwa treściwego zadośćuczynienia.

To oczywiście tylko mit, który – jak to z mitami bywa – jest wizją uproszczoną, efektem daleko posuniętych uogólnień. Jednak żeby nie bić się w cudze, profesorskie piersi, uderzę się teraz we własne, matki-wiecznie-karmiącej.

Bo z mitami bywa też tak, że sporo w nich – co z tego, że uogólnionej? – prawdy. Sama czuję ostatnio przesyt dominującą (zwłaszcza w necie) narracją „macierzyństwa bez lukru”. Jeszcze niedawno przyklaskiwałam blogowym frustratkom, którym ulało się czarne mleko malkontenctwa, kibicowałam redaktorkom „Bachora” oraz innym przedsięwzięciom druzgoczącym z rozmysłem pluszową i różową wizję rodzicielstwa, pławiłam się wręcz w odmętach nurtu „czarnego macierzyństwa”, ale teraz… Teraz chwilowo przejadła mi się ta beczka dziegciu o dzieciach i chętnie posmakowałabym łyżkę zwykłego miodu (choćby i tego kiczowatego, wykradzionego od Puchatka).

Potrzeba mi prawdziwej, głębokiej afirmacji macierzyństwa. Pragnę jej w wierszach, prozie, blogach i przypiaskownicowych opowieściach innych matek. Ale o wiele bardziej chcę afirmacji we własnym pisaniu, które – przyłapałam je na tym – zbyt często wypływa z gorzkiego źródła macierzyńskiej frustracji.

Bo przecież jeśli nie chwycę radości tu i teraz, w codziennym rozbieganiu (gonieniu jednocześnie w trzy strony: za oddalającą się ku własnemu światu siedmiolatką, za brawurowym prawie-trzylatkiem i za żwawą roczniaczką, która dwa miesiące za wcześnie nauczyła się biegać), to przecież nigdy potem jej – tej radości z bycia mamą – nie dogonię. Jeśli nie zaakceptuję dzieci takich, jakimi są, to kto wie, czy nie wyrosną z nich kiedyś niedokochani profesorowie, uderzający we własną matkę zaklętą w stereotyp „wściekłych wózkowych”. Jeśli w gonieniu za dziećmi i ganieniu ich za wybiegi sama nie stanę się dzieckiem, to wymkną mi się w końcu i zostawią samą w ciemni mitu – tam, skąd już nigdy nie wrócę do siebie.